Maruko patrzała na mnie z tego kibla jak na małą sierotę, która nie wie co robiła z Myvkiem w środku nocy, a do tego w całkiem pustym domu. Pewnie, że wiedziałam! Ubierali choinkę bo w końcu święta za sześć miesięcy.
- No to jak idziesz po te klucze czy mam skakać z okna ? – spytała pośpiesznie waląć pięścią o parapet.
Boże jak słyszałam te jej liczne ultimata, które dawała mi co dzień to miałam ocotę powiesić się na gumce od majtek w kiblu publicznym.
- Skacz, skacz, skacz… – zaczęłam bisować.
- Nie bo jeszcze splaszzce cobie twarz i będę wyglądała jak mops, a wtedy Miyavi nie… No i będę wyglądała brzydko! – zaczarowała mnie i spojżała na dom Miyaviego, który stał na przeciw jej, a obok mojego. Jaki debil go tak wybudował ?
Maruko zawsze tarktowała mnie jak małą dziewczynkę, która nie wiedziała do czego są faceci. Jasne, że wiedziałam! Do wkręcania żarówek!
- Nic ci to nie zaszkodzi, ty od zawsze masz śmiesznie płaską morde, jak smerf po bliskim spotkaniu z Gargamelem. – powiedziałam sarkastycznie patrząc się zdołu na wystającą, idealnie pomalowaną jak zwykle twarz Maruko – Za dużo bieresz do ust. – dodałam cichutko z nadzieją, że nic nie usłyszy.
Nagle poszułam coś lepkiego na mym ramieniu, spływało powoli i śmierdziało pomidorową, pomyślałam z początku, że to zaś ptak na mnie nasrał. Po chwili jednak spojżałam na ów coś i zobaczyłam, że to ślina! Śmierdząca ślina Maruko.
Spojżałam w górę i zobaczyłam uradowaną mordę jakiegoś psa… To znaczy Marusi.
- Ej, w mordę dawno nie dostałaś ? – spytałam wycierając się o jedwabną budę Szczypiora.
- Słyszałam to! Wcale nie biorę tak często, raczej sporadycznie co dwa dni. – stwierdziła z podnieceniem w głosie i znów jak na złość spojżała na niebieską chałpę Miyaviego.
- No idź już! – ponagliła, ale mnie już tam nie było.
Szłam ulicą rozglądając się na lewo i prawo w poszukiwaniu Miyaviego. Oczywiście nigdzie go nie było! Zawsze gdy był mi potrzebny wcinało go cholera wie gdzie. Po chwili zobaczyłam jakiegś menela koło jego bramy. Był ubrany w jakieś łachy i jebało od niegi kocim gównem. Takie Miyavi bez makijażu. Podeszłam do niego zatykając dyskretnie nos po czym spytałam półżywego faceta.
-Nie wiem pan gdzie jest Miyavi?
Koles nic mi nie odpowiedział, za to spojżał na mnie jak na kretynkę czystą. No w końcu czego ja mogłam się spodziewać.
- Wie pan taki skośnooki w niebieskich włosach. – mówiłam jak do ściany i machałam przy tym łapami jak szympans.
Facet z wrażenia wsadził palec do nosa po czym powiedział jak czysty debil.
- Bananek!
Załamana jego głupotą poszłam powoli do Kingi z nadzieją, że będzie miała ochotę mi pomóc. Iść daleko nie musiałam bo spotkałam ją siedzącą na ławce. Siedziała i wpierdalała jakieś czipsy.
- Wiesz gdzie jest Miyavi ? – spytała, śmiało wtykając jej rękę do paczki.
-A po co ci to wiedzieć ? – zdziwiła się i schowała czipsy do torby bym nie zjadła jej więcej.
- Moje sprawy… – stwierdziłam oblizując przy tym zęby i specjalnie zrobiłam minę a’la mój boy.
Spedjalnie oczywiście bo przecież każdy wie, że Kinga kochała się w Miyavim na zabój.
- Jest w domu, widziałam jak tam wchodzi. – przełamała się i powiedziała.
Jaka ja byłam tępa, mogłam się odrazu domyśleć, że będzie siedział w domu i leżał tyłkiem w wygodniutkim fotelu.